Eloszka ludu, dawno nie było notki, więc pomyślałam, że opowiem Wam trochę o diecie na którą przeszłam.
Zacznijmy może od tego, że jestem cholernie spłukana i czekam na wpłatę, da się żyć, jeszcze nie umieram... Jeszcze xd
Generalnie z racji braku hajsu i ostatniego pojawienia się z 2-3kg w moim ciele postanowiłam przejść do wpłaty na frutarianizm.
Raz, że owoce są zdrowe, nie tuczące, to jeszcze do tego bardzo tanie w sezonie, a mamy czerwiec, więc sezon trwa.
Jeden na tej diecie już 5ty dzień, nie mam w domu wagi, więc nie wiem czy schudłam już cokolwiek, ale czuję, że chyba tak. Czuję się trochę lżejsza. Mieszkam koło wiatraka w Warszawie, więc mam bazarek pod samym noskiem, a trafić można na prawdziwe okazję. Ostatnio zafundowałam sobie melona za 2 ziko i mimo moich obaw, okazał się być przepyszny, słodziutki i soczysty. Poza tym w jednym ze straganików można kupić arbuza 5zł sztuka, także mam jedzenia na 3 dni.
Jeśli chodzi o moje samopoczucie na tej diecie, to chyba największy jej minus. Często jest mi niedobrze, bo brzuszek zjadłby trochę tłuszczyku, czuję też, że jestem głodna mimo, że dopiero co jadłam, przez to więcej pale. Każdy palacz wie, że pusty brzuszek można zneutralizować papieroskiem. Dodatkowo jeśli chodzi o minusy, to boli mnie często głowa, jestem senniejsza i bardzo zmęczona, ale trzymam się. Minęło 5 dni jeszcze 7 zostało mi do wypłaty. Czy wytrzymam? Przynajmniej powinnam.
Polecam spróbować czegoś takiego, same owoce np przez tydzień. Nie sądzę aby organizm kogokolwiek płakał z tytułu takiego postu
Bayu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz